foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Tak po wczorajszym biegu pomyślałem sobie, że można by naskrobać parę nieudolnych słów w tym temacie. Wszak nie co dzień zalicza się oficjalny debiut na połówce królewskiego dystansu. :) Zatem w niedzielny poranek, po przebiegnięciu przez sen kilku ultramaratonów, godzina 5:29 pobudka. Minuta przed czasem by nie dać się temu niewyżytemu budzikowi, przy którym motywacja do życia spada o jakieś 50%. Teraz chwila dla mózgu, by dotarło do niego, że nie idziemy do pracy, tylko na.......

A może by mu tak nie mówić co nas czeka? Wszak jak się dowie, że ma do przebiegnięcia trasę do Sztumu i z powrotem, to może dojść do wniosku, że to poroniony pomysł i nie chcieć przesyłać swoich impulsów do kończyn, a tym samym zamienić mnie w przeszkodę na linii startu. Co to, to nie. Niech śpi sobie dalej, a reszta ciała pod prysznic i do kuchni, na szybkie pobudzające śniadanie, czyli w uj niedobre kanapki z miodem, bo jak debil, zapomniałem kupić bananów, których także nie lubię, ale jakoś łatwiej przełknąć. Teraz czas na pakowanie, czyli koperta z chipem i numerem, bo w ostateczności jak zapomnę się ubrać, to w gaciach pobiegnę, ale czas mi zmierzy....

 

Patrząc na datę szesnastego października, przyjąłem że raczej na żar tropików liczyć nie można i zarzuciłem na siebie ciut szałowych ciuchów z Biedronki. Jeszcze tylko dwudzieste ósme sprawdzenie zawartości reklamówki i wypad z domu. Na dole czeka wypasiona fura, z dwiema urodziwymi koleżankami na pokładzie, czyli pozytywny akcent dnia, gdyby nie fakt, że mózgu nadal nie budziłem, a więc świadomy tego nie był. Po drodze spotkanie z resztą ekipy, by odebrać wyczekiwane, cudowne, przewspaniałe, nadzwyczajnej urody koszulki z logiem grupy. Jako, że mózg nadal spał, to namierzenie własnego imienia na koszulce okazało się wcale nie takie proste. Udało się za trzecim razem, co biorąc pod uwagę, że wybór dotyczył dwóch egzemplarzy, można było w tym stanie zaliczyć do wyników nieco powyżej przeciętnej.

Drogę do Gdańska spędziliśmy na fachowych konwersacjach z zakresu fizyki kwantowej, a całość umilił nam piękny wschód słońca, który niestety dane było oglądać tylko w lusterkach. Po drodze koleżanki zaliczyły debiut w przejeździe jeszcze w miarę świeżutkim tunelem pod Martwą Wisłą, by w końcu znaleźć się na parkingu u podnóża wielkiego, bursztynowego pączka z dziurką. Gdy tylko przekroczyliśmy bramy hali, pozyskaliśmy kilka papierowych kieliszków, w których serwowano próbki napoi izotonicznych, kamuflując fakt, że w razie czego musimy mieć w czym opijać nasze sukcesy, czy też zalewać ewentualne porażki. Po tym przyszedł czas na drugie z najważniejszych zadań, czyli zaliczyć skrzynię. Tak też uczyniliśmy, uwieczniliśmy i w razie czego wykorzystamy do wniesienia protestu.

Po wykonaniu kilkudziesięciu zdjęć z resztą naszej wesołej ekipy, oraz ustaleniu strategii, z nogami trzęsącymi się jak podczas zdawania matury, ruszyliśmy na miejsce startu. Nie mam pojęcia czemu baloniki z pacemakerami na poszczególne czasy były czarne, ale można było odnieść wrażenie, że to żart ponurego żniwiarza, i że trup będzie się gęsto ścielił. Oczywiście musiałem powoli budzić mózg, bo bez niego nici z całej zabawy. Zacząłem delikatnie (bo kuracja szokowa mogłaby go zabić), od liczb 1:59:59 na owym czarnym zwiastunie złej nowiny, wpierając, że to nie czas w jakim chcemy przebiec, a godzina na budziku i że jakimś dziwnym trafem jest wypoczęty jakby była dziewiąta. Z trudem też przyszło mu wmówić, że ten wyraźnie odczuwalny powiew rześkiego powietrza, to zapewne niedomknięte okno w pokoju i wcale nie stoimy oczekując na start.. Kiedy jednak zaczęło się odliczanie i został wyrwany z błogiej nieświadomości, w akcie zemsty uruchomił program, a niech cię za karę łydka boli. O rzesz ty, pomyślałem siarczyście i na złość podziwiałem pierwszy z podbiegów pełen ludzi, którzy zamiast przekręcać się właśnie na czwarty bok, postanowili bez korzyści dla polskiej gospodarki, spalić kilka kalorii, poruszając się w gigantycznym korku na blisko cztery tysiące osób. Jak zwykle w przypadku podbiegów, mózg zaczął się opierać, tym samym spowalniając program bólu łydki. Druga prosta prowadząca pomiędzy stocznią, a torowiskiem, nadal pod hasłem zemsty. Widać musiałem mu się dać zdrowo we znaki, bo zegarek pokazywał nieco ponad trzy kilometry, a zwykle już po połowie tego dystansu, nudziło mu się znęcanie nade mną. Jako rasowy Polak, postanowiłem nie dać się oprawcy, wiedząc, że nie prędzej to później odpuści.

Czas na zawrotkę przy „zieleniaku” i chodu na wiadukt. Po drodze grupki kibiców i czas na podziwianie kierowców stojących na skrzyżowaniach. Współczułem im nieco, myśląc, że szybciej by było z nami pieszo, niż ich wypasionymi brykami. Ale ich wybór, więc niech cierpią. Z tych filozoficznych rozważań wyrwały mnie dźwięki dobywające się z szatańskiej aparatury pomiarowej na piątym kilometrze. Kiedy to zleciało? Agnieszka właśnie kończy swoją piątkę, reszta pewnie przekracza właśnie dziesiąty kilometr, Joasia też gdzieś zniknęła, a biedna Monika marznie na mecie w oczekiwaniu na możliwość kibicowania? W tym momencie nie wiedzieć czemu mózg dał za wygraną. Może to, że odezwały się we mnie ludzkie uczucia i pomyślałem o innych? Nie mam pojęcia, ale ból zelżał i wreszcie można było komfortowo zacząć biec. Omijając pierwszy wodopój, bo nijak pić w biegu nie lubię, a i z wyglądu blisko mi do wielbłąda, który to za specjalnie pić nie musi, pognałem wyprzedzając kilku spragnionych. Kolejne kilometry upływały na podziękowaniach kibicom, przybijaniu im piątek i zdaniu sobie sprawy, że wbrew pozorom są naprawdę bardzo potrzebni, bo dają większego dopała, niż jakikolwiek zastrzyk węglowodanów. W okolicach siódmego kilometra namiot, a w nim facet, który przez mikrofon powtarzał, że meta tuż tuż. Dowcipas pomyślałem, uśmiechnąłem się i zaliczyłem małe pozowanie do zdjęcia. W tym też momencie jakby trochę pod wpływem mego radosnego grymasu, pan rzekł, by na twarzach pojawiło się więcej uśmiechu. No właśnie momentami wydawało się, że jest go nieco mało, ale nie żeby w ogóle, bo dwóch panów biegnących za naszymi pacemakerkami odzianymi w czapeczki rodem z playboja, uskuteczniało ich podryw, co także musiało wywoływać nieco radosnego grymasu.

Znowu ani się obejrzałem, a tu dyszka śmignęła. Tym razem wody nie odmówię, bo choć mały łyk na przepłukanie ust się przyda. Temperatura napojów idealna, gdyż dało się słyszeć odgłos pękającego szkliwa, i tylko mały włos zdawał się dzielić ów płyn od stałego stanu skupienia. Nie ma co jednak narzekać, bo w sumie orzeźwienie na najwyższym poziomie i żadna kawa w tym wypadku nie pobudziła by bardziej. W okolicach dwunastego kilometra spojrzałem na króliczki dzierżące baloniki i pomyślałem, że w sumie gdyby dać nam kilka odpowiednich atrybutów z trzeszczącym megafonem na czele, to wyglądalibyśmy jak pielgrzymka na jasną górę, czyli biegniemy ciut za wolno. Przed balonikami sporo mniejsze zagęszczenie ludności na metr kwadratowy zaczęło kusić. Z drugiej strony straszyły opowieści o kryzysach siedemnastego kilometra, u mnie zwykle po drodze była jeszcze trzynastka, co nieco mnie przyhamowało. Wszak trzeba jeszcze w tym tempie przebiec niemal drugie tyle.

Punkt pomiarowy na piętnastym kilometrze zwiastował drugą i ostatnią kurację kriogeniczną dla gardła, a tym samym ostatnie orzeźwienie, bo picie na dwudziestym kilometrze, gdzie od mety dzieli cię marny kilometr i trzeba się wziąć za finisz, to jak jedzenie w trakcie orgazmu. Tu też dało się zauważyć najbardziej aktywnych kibiców, za co dziękować im bardzo.

Kolejne dwa kilometry minęły na oczekiwanie sławetnego kryzysu i tu postanowiłem go podejść. Gdy tylko zegarek wskazał liczbę siedemnaście, postanowiłem kryzys pozostawić w dotychczasowym miejscu, a samemu uciec mu nieco do przodu, by ten mnie nie dopadł. Pomysł okazał się przedni, bo wiatr w twarz, który ze względu na zmniejszone zagęszczenie ludzi zaczął stanowczo mocniej wiać, dawał upragnione orzeźwienie, a do tego zacząłem wyprzedzać kolejnych biegaczy i to hurtowo, co dawało niezłą motywację. Gdzieś tam mózg próbował mi wmówić, że do mety jeszcze cztery kilometry, i mogę nie dać rady, ale udało mi się go zając myśleniem o tym, że dziewczyny zmarznięte, głodne czekają na mecie przestępując z nogi na nogę i chyba już jestem spóźniony. Około dziewiętnastego kilometra ostatni podbieg i to z wiatrem w twarz. Nie ma to jednak jak wybieganie i środowe wieczorynki, gdzie ostatnia prosta przed żabką jest ewidentnie pod górkę, a mimo to człowiek jej prawie nie zauważa. Mijam kolejnych zawodników, którzy się nieco przeliczyli z siłami i podbieg zaliczają pieszo. Początkowo ich liczyłem, ale w pewnym momencie trup zaczął się ścielić zbyt gęsto. Ostatni punkt pomiarowy, zręczne ominięcie wodopoju zwodem znanym z korridy i przedostatnia prosta. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło, ale stać mnie było na przyśpieszenie. Na kilkaset metrów przed metą pan przez mikrofon zapowiada, ze minęło już ponad godzina i pięćdziesiąt dziewięć minut od startu. Mózg prawdopodobnie znajdował się już w strefie komfortu, bo nie wziął pod uwagę, że zanim minąłem linię startu, to upłynęło kilka minut, które zostaną odliczone. W sumie może i lepiej, bo teraz w żadnym stopniu mnie nie ograniczał. Ostatnia szykana i zerknięcie nieco za siebie. Baloniki dobre trzysta, może nawet więcej metrów za mną, czyli mam do przodu blisko dwie minuty. Oczom ukazują się wrota hali. Teraz już nie mogę odpuścić. Jeszcze tylko wyprzedzam szowinistycznie dwie panie i wbiegam na prostą do mety. W tym momencie doceniłem brak słuchawek, bo lewe ucho odnotowało sapanie zbliżające się w niebezpiecznym tempie, a oko kątem zlokalizowało przesuwającą się w moim kierunku męską sylwetkę. Co to, to nie. Nie będzie mi facet w plecy sapał, bo mi się taka sytuacja głupio kojarzy. Pierwszy raz w życiu mogę śmiało powiedzieć, że podczas ucieczki przed utraceniem męskiej czci, wreszcie finiszowałem.

To uczucie, gdy przestajesz biec i czujesz się jakbyś nic nie ważył, w środku cieszysz się jak dziecko, bo wiesz, że zrobiłeś to lepiej niż sobie wyobrażałeś, medal nakładany przez wolontariuszkę na szyję. W końcu krzyk nawołujący twoje imię i widzisz wierne klubowe kibicki, czyli Monikę i Agę, robiące ci focię. Ta pierwsza minuta po wszystkim bezcenna. Zapewne zrozumie to tylko ten, kto choć raz spróbował.

       Za linią mety spotykam pierwsze osoby z naszej ekipy. Wszyscy mówią o życiówkach, więc radocha jeszcze większa. Gdy tylko opuściłem strefę za metą, pomyślałem o jednej, ale za to zajebiście ważnej w życiu rzeczy. Cholera jak mi się żreć chce. Zatem egoistycznie udałem się po posiłek regeneracyjny. Zupa pomidorowa jeszcze nigdy mi tak nie smakowała i walił pies Geslerową, że pewnie by powiedziała, że ludzi trują, a mnie smakowała jak ambrozja. Teraz jeszcze na miejsce zbiórki, bo dobrze by było zobaczyć co u pozostałych, których jeszcze nie widziałem. Tam też bezsprzecznie same dobre wieści i  postanowienie, że w przyszłym roku to ja kibicuję dziewczynom, oczywiście po tym jak sam dobiegnę.

AmberExpo Półmaraton Gdańsk - 16-10-2016 - Gdańsk (21.097 km)
Lp Imię i Nazwisko Miejsce w Open Czas netto Miejsce w kategorii
1 Łukasz Kumkowski 387/3215 01:34:29 (rż) 78 (M30)
2 Maciej Wiśniewski 661/3215 01:39:38 (rż) 119 (M40)
3 Krzysztof Wąsik 673/3215 01:39:46 (rż) 59 (M45)
4 Agata Barnaś 1293/3215 01:48:18 (rż) 27 (K30)
5 Adam Remlajn 2220/3215 01:57:59 (rż) 185 (M45)
6 Joanna Kumkowska 2623/3215 02:05:49 (rż) 104 (K30)
7 Ilona Radecka 2656/3215 02:07:19 106 (K25)

       Droga powrotna upłynęła na miłej biesiadzie, przy domowym cateringu i soku ze świeżo wyciśniętych orzechów, za co szczególne podziękowania Monice i Agnieszce, która to owego soku pić nie mogła, że względu na niepożądane interakcje z kierownicą i pedałami auta, co zapewne powodowało dyskomfort.

       Wiem, że to głupie, ale kiedy wszedłem do domu, to pierwsza wolna myśl, która mi przyszła do łba, nie brzmiała, iż muszę odpocząć. Jak debil pomyślałem, dlaczego do tego maratonu jeszcze tyle czasu?

 - ADAM REMLAJN -

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem