foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

W ostatnią niedzielę października u naszych sąsiadów zza Wisły odbył się malowniczy i zarazem ekstremalny półmaraton organizowany przez Powiatowe Centrum Sportu w Tczewie. Dlaczego malowniczy i ekstremalny? O tym poniżej – zapraszamy do relacji z zawodów.

 

O tym biegu dowiedziałem się już kilka lat temu, ale jakoś zawsze był mi nie po drodze, a to start w jesiennym maratonie, a to za rok półmaraton w Gdańsku, albo biegi niepodległości, które z reguły stały się ostatnim mocnym i wymagającym punktem sezonu. W tym roku w końcu się zgrało, impuls do zapisania się przyszedł we wrześniu. Założenia były takie, że nie było założeń. Po prostu czysta turystyka – przebiec się, ponapawać się przyrodą, ot takie "wybieganko" niedzielne. Takie same założenia miała moja żona, która z powodzeniem dwa tygodnie wcześniej debiutowała w gdańskiej połówce, spodobało jej się, to i dostała w prezencie. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym w przeddzień startu nie kalkulował, a może zasadzić się, pogonić, urwać z życiówki parę sekund.

A może… Niedzielny poranek przywitał nas piękną słoneczną pogodą, na termometrze nieco powyżej 5 stopni, ale miało wzrosnąć do 9 w godzinie startu. Idealnie wręcz. Po drodze zgarnęliśmy do wozu dwóch Krzyśków i Rafała i ruszyliśmy na podbój powiatu tczewskiego. Już w drodze zweryfikowałem swoje zapędy myśląc, że skoro trasa jest malownicza, to na pewno nie ma opcji mocnego ścigania się. I faktycznie profil trasy rósł w górę w drugiej połowie dystansu. Na miejscu sprawny odbiór pakietów startowych ubogaconych w stylowe majtochy i koszulkę w ciapki, trochę śmiechu na rozluźnienie jelit i wyruszyliśmy autobusem na miejsce startu – do miejscowości Wielkie Walichnowy, by znaleźć się na stronie odpowietrznej wału przeciwpowodziowego Wisły. Na starcie dołączył do nas Jacek, a w oddali zaczynały kłębić się niepozorne chmurki.

Godzina 11 – ruszyli jak burza, jak huragan, jak orkan! Godzina 11:00:30 to burza, huragan, orkan ruszyły na nas. I oczywiście nie można było dyskretnie w plecy, lub z prawej strony, gdzie trochę osłaniał nas wał Wisły. Tu się skończyła malowniczość, a zaczęła się walka o przeżycie. Ruszyłem z Rafałem, który deklarował spokojny bieg, ale niesiony okolicznościami przyrody chciał być szybciej na mecie i już po 3 kilometrze popędził do przodu, tłumacząc się tym, że musi znaleźć grupkę biegaczy, co by się za nimi schować przed wiatrem. Już na początku zacząłem żałować, że nie zabrałem rękawiczek, bo ręce zgrabiały jak przy minus 20. Zacząłem szukać jakichś pozytywnych walorów tych zmagań, myślę sobie „hmmm… przynajmniej nie chce się pić, nie trzeba czekać na wodopój…”, ale co z tego, jak dalej zimno, wicher taki, że łeb urywa i deszcz wymieszany z jakimś gradem, czy śniegiem, nie wiem w sumie bo nic nie widziałem. Śmiało mogę stwierdzić, że podczas kilku tysięcy wybieganych kilometrów w moim żywocie takie warunki nie zdarzyły mi się nigdy o żadnej porze roku.

Temperatura może sobie być nawet minus 30, albo plus 40, ale wiatr i lodowaty prysznic z nieba to najgorsze, co się może przytrafić. No, ale dość już tych żali na pogodę, bo złej baletnicy to wiadomo, co… Tak, więc znalazłem się gdzieś pomiędzy Rafałem a Krzyśkiem B., Olgą, Krzyśkiem W. i Jackiem. Rozsądek wziął górę i od połowy zwolniłem do tempa ok. 4:40 – 4:45 min/km, tam też zaczęły się górki, górki, górki, jednak nie były one aż tak straszne. Miejscami widoczki na dolinę Wisły rekompensowały wysiłek. Poza tym fajnie się biega z punktu A do punktu B, zwłaszcza jak Cię wywiozą w nieznane. Wtedy nie ma odwrotu, autobusy nie kursują, stopa ciężko złapać, bo ruch mały, po drodze nawet sklepu nie ma, żeby się posilić. Szybki przeskok przez drogę krajową nr 22 i po godzinie i 37 minutach znalazłem się na mecie.

Od strony organizacyjnej bieg przygotowany bardzo fajnie, widać, że osoby zaangażowane w przygotowanie zawodów bardzo się postarały. Na mecie ładny medal, posiłek regeneracyjny w postaci pysznej zupki i wielkiej drożdżówy. Myślę, że każdy z naszej ekipy był zadowolony ze swojego startu, z tego, że pokonał własne słabości w ekstremalnych warunkach, tu nie było miejsca na niedosyt. Każdy z nas na swój sposób odchoruje te zawody, ale co to by był za start bez lizania ran?

- Paweł "Szerszeń" Szymkowiak -

foto: Agata Barnaś / Rafał Łakomy

zdjęcia pobrano również z: http://polmaraton.tczew.pl

 

 

V Bieg Nadwiślański Szlakiem Doliny Dolnej Wisły - 30-10-2016 - Tczew
Lp Imię i Nazwisko Miejsce w Open Czas netto Miejsce w kategorii
1 Rafał Łakomy 25/379 01:29:58 14 (M30)
2 Paweł Szymkowiak 71/379 01:36:59 23 (M30)
3 Krzysztof Barnaś 87/379 01:38:14 29 (M30)
4 Jacek Manteufel 282/379 02:00:23 101 (M30)

 

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem