foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Skoro się napisało, to w sumie nie ma, co pozostawiać w szufladzie. Zatem relacja z "Biegu po Twierdzy Malbork". W sumie autorstwo niejakich Bagginsów z noweli "Jakem żem popylał w te i na zad", ja tylko poprawiłem parę nieścisłości historycznych. Dnia dwudziestego drugiego gwiździernika roku trolli w świat wyruszyła drużyna, mająca zmienić losy świata...

Wszystko zaczęło się w lombardzie, gdzie niejaki hiszpański imigrant Sauron zastawił pierścienie jakoby po to, by spłacić długi. Trzy kupiły podobno elfy, ale ja was proszę, kto widział kiedykolwiek elfa? No dobra, czasem takie długonogie elfitki się trafiają i faktycznie lubią biżuterię. Siedem kupili podobno Krasnoludy z Izraela, a dziewięć przypadło ludziom, z czego trzy trafiły do Polski.

Oczywiście z tych co trafiły do nas, jeden ktoś połknął, jeden ktoś zgubił, a jeden ktoś popsuł, a dokładniej to wszystko zrobili legendarni oni. W sumie nie jest to istotne, bo i tak najfajniejszy z pierścionków został u Saurona. Pierścień ten przynosił mu szczęście, więc nijak nie chciał się go pozbyć. Prosiło go o niego tuziny pięknych kobiet, ale on pozostał niewzruszony. Dopiero sensacyjne odkrycie amerykańskich naukowców objawiło światu prawdę, że Sauron był odmiennej orientacji seksualnej.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Otóż gdy Sauron udał się do manikiurzystki i nieopatrznie zdjął swój szczęśliwy pierścień, ta raniła go przypadkiem za pomocą pilniczka, wdała się gangrena i Sauron był zszedł. Jako, że pierścień przynosił szczęście tylko Sauronowi, a wszystkim pozostałym pecha, to w szybkim czasie odnotowano nagły, rzekomo niewytłumaczalny przyrost zgonów. W wielu przekazach słownych, ów pomór nazywano hiszpanką ze względu na pochodzenie właściciela pierścienia. W końcu pierścień trafił do niejakiego Smeagola alias Golum, który przeżył tylko dlatego, że był Polakiem i oczywiście pierścień zgubił. Po latach odnalazł go niejaki Frodo zwany Frankiem i nie chcąc oddawać pierścienia za marne dziesięć procent znaleźnego, postanowił przetopić go na Górze Przeznaczenia, a pieniądze z tego pozyskane wydać na pizzę. I tu zaczyna się nasza historia.....

Był prawie słoneczny ranek. Przy czym prawie czyni wielką różnicę. Frodo wraz z Basią zwaną Arweną, przebiegając koło centrali rybnej zakrzyknęli, Golum krótszych spodenek to już nie mieli? Spoglądnąłem na nogi i faktycznie, można było ubrać stringi, bo gorąco ciut. Nie zwlekając wielce udali się we trójkę w kierunku pradawnego miasta elfów Rivendell. Tam też oczekiwała już reszta drużyny. Po tym jak już wszyscy członkowie drużyny pochwalili się co ich boli, ruszyliśmy w nieznane. Frodo jak zwykle udawał, że wie gdzie biegnie, a my jak zwykle prawie mu wierzyliśmy. Po drodze z trzcin w popłochu uciekło kilka smoków i gdy już nam się wydawało, że faktycznie może Frodo wie, gdzie biegniemy, ten rzekł, że musimy wspiąć się na wzgórze by rozpoznać teren. 

Jako, że wśród nas jak się wydawało, byli sami dżentelmeni, w związku z tym puściliśmy damę przodem. Oczywiście, jako bardzo życzliwe osobniki płci prawdopodobnie męskiej, udzielaliśmy zwyczajowych rad, mających na celu rzekome ułatwienie koleżance wspinaczki. W rzeczywistości jednak, każdy bał się, że nasza białogłowa stoczy się z góry, zabierając truchła pozostałych ze sobą, co mogło skończyć się zbiorowym kalectwem, tudzież zgonem. Biorąc pod uwagę, ze misja była bardzo ważna dla losów świata, byliśmy w stanie poświęcić koleżankę w imię wyższych celów.  Po wejściu na górę, Frodo kamuflując fakt, iż nie wie gdzie jesteśmy, pokazał nam zamczysko niejakiego Barcika, po czym stwierdził, że zbiegamy w dół. W akompaniamencie serdecznych komentarzy, których ze względu na wczesną porę nie przytoczę, ruszyliśmy dalej....

Mijając miejsce w którym dnia siedemnastego lipca, tysiąc czterysta dziesiątego roku nic się nie stało, co upamiętniały rosnące tam drzewa, ruszyliśmy w głąb lasu Entów. Enty jak to złośliwe stworzenia, podstawiały nam swoje korzenie, smagały gałęziami, że o złośliwym posypaniu ścieżek liśćmi nie wspomnę. Gdy wydawało się, że już nic gorszego nas spotkać nie może, z lasu wyległ wilk i zapytał się Arweny, dokąd idziesz Czerwony Kapturku. Na szczęście z pomocą przyszedł leśniczy i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No dobra, prawie, bo wilk za specjalnie zadowolony wydawał się nie być.

Nie było co dalej zwlekać, zwłaszcza, że droga do Mordoru daleka, a prowiantu niewiele. To już na tym etapie zaczęły się pierwsze niesnaski. Zawsze tak jest, gdy drużynę spaja coś cennego, czego nie ma za wiele. Pomyślicie, że chodziło o pierścień? Nic bardziej mylnego, chodziło o rzecz, na którą wszyscy liczyli, a którą Frodo nam obiecał w zamian za wspólną podróż, a za którą wszyscy daliby się pokroić. Chodziło o owiane tajemnicą, legendarne, zaprzątające głowę biegaczy od zarania dziejów, błoto. Niestety, z tego, co było nam obiecane, dostaliśmy marne ochłapy. Frodo, by odwrócić naszą uwagę, zaproponował nam wycieczkę do Morii. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co popadnie jak mawiali starożytni celebryci, czyli Platon i Sokrates. A może to mówił szwagier kumpla? Nieważne co mówili, ważne, że poruszaliśmy się dalej, co przy temperaturze jaka panowała na śnieżnych szczytach, było nie bez znaczenia.

Gdy wreszcie weszliśmy do Morii, padło to jakże znaczące dla losów ludzkości pytanie. Golum, a dlaczego jak coś mówisz, to się na mnie patrzysz? Zerknąłem na moich towarzyszy, przy których brodate samice krasnoludów, urzekały niczym Claudia Schiffer, po czym spojrzałem na Arwenę, i pomyślałem, po co pytasz niewiasto, skoro sprawa jest tak oczywista, jak fakt, że białe jest czarne, a czarne białe, cytując pewnego mędrca. By jednak przelać swoją myśl na język, potrzebowałem ciut czasu, gdyż ostatnia szara komórka, znajdowała się obecnie w okolicy ścięgna Achillesa , i tylko dalszy bieg, mógł przyśpieszyć jej podróż w kierunku mózgoczaszki, i tym samym skrystalizowania jakiegoś sensownego zdania, które dyplomatycznie nie obrazi moich towarzyszy, a wyjaśni zawiłą istotę problemu. Toteż pod zasłoną spadającej ciepłoty mego ciała, zaproponowałem przeniesienie się do kolejnych ruin.

W drodze usilnie starałem się zlokalizować złośliwą przyczynę mych chwilowych przebłysków zdrowego rozsądku, ale sprawa nie była taka łatwa, bo ostatnia szara komórka zdawała się mieć mnie w poważaniu, czy też może było na odwrót. Przy następnych ruinach, prawdopodobnie pod wpływem śmieci wyrzuconych tu najprawdopodobniej przez stada orków, w głowie pojawiła się myśl, jakby rodem z jednego ze znanych mi banków. Dotyczyła ona oszczędzania, a dokładniej tego, iż natura była pierwszą w tym świecie istotą, która nauczyła się oszczędzać, w pierwszym rzędzie na urodzie męskiej części wyprawy, z wyłączeniem Arweny, której zdały się przypaść odsetki od naszych oszczędności, co też w sposób zawoalowany wyraziłem na głos, czekając z przymrużonymi oczami, na wbijane w moje plecy ostre narzędzia. Dziwnym trafem wszyscy musieli chybić, gdyż niczego, oprócz wbijającego się w sadystycznym geście, wzroku Arweny, nie zauważyłem. Od tego momentu postanowiłem nie psuć sobie pięknych okoliczności przyrody i dalej podążałem za dwoma krągłymi, jędrnymi, uginającymi się w rytm biegu, butami Arweny, a w ostatniej szarej komórce rodziła się jedyna możliwa myśl, czyli my precious.

Kolejnych kilometrów z powyższego powodu nie pamiętam, a przynajmniej do czasu, kiedy dotarliśmy na martwe bagna, co zauważyłem dopiero, gdy moja noga zanurzyła się po łydkę, w obiecywanym od kilku dni błocie. Wszyscy zdawali się zachwyceni, choć nie wiedzieć czemu, nikt nie skusił się na wpadnięcie w nie ślizgiem. No cóż, może następnym razem. Dalsza część trasy minęła na wychowaniu patriotycznym, a dokładniej na analizie hymnu, i praktycznej kwestii przywożenia ziemi z Włoch do Polski, przez niejakiego Dąbrowskiego. To właśnie dzięki nam i kolejnym kilometrom przepląsanym po polach, średnie wypiętrzenie Malborka wzrosło o kilka metrów. Gdyby wszyscy idąc moim przykładem, biegali całym ciałem, a nie tylko stopami, to już w tym roku nasze miasto byłoby miejscowością górską, co znacząco poprawiłoby finanse miasta.

Eksperymentując w sprawach skutecznego transportu gleby z państw ościennych, dotarliśmy do Minas Morgul. Jako żem Golum, to już chciałem zaproponować wędrówkę po tajnych schodach, gdy Frodo stwierdził, byśmy udali się pod dwie wieże i podjechali do góry windą. Nie było co się opierać, wszak byłem w mniejszości, a myśl ustalenia rekordu Guinnesa w ilości osób jadących windą w Gronajnach, była kusząca. Gdy dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazał się złowieszczy widok w postaci asfaltowej drogi w dół. Był to obraz tak przerażający, że wiele osób nie wytrzymało presji psychicznej i może z kilometr dalej, grożąc mi śmiercią, zażądali otwarcia jedynego bukłaka z napitkiem. Wiedziałem, że to zdarzenie będzie miało zgubny wpływ. Najpierw opuścili nas dwaj magowie, twierdząc, ze mają do odegrania rolę w innym filmie, gdzie lepiej płacą. No cóż, budżet faktycznie mieliśmy niewielki, a po wypróżnieniu bukłaka spadł o jakąś połowę. Sprawa wydawała się beznadziejna i to nie był koniec kłopotów.

Gdy Góra Przeznaczenia była w zasięgu wzroku, odpadł Boromir, twierdząc, ze pójdzie krótszą drogą przez Czarną Bramę i jak wieść niesie, został zabity po drodze przez orków, albo innych kibiców, bo do miejsca zbiórki nie dotarł. Po przeprawie nad rzeką lawy, ruszyliśmy ku naszemu celowi. Gdy cała drużyna w końcu wdrapała się na górę, okazało się, że pierścień jak zwykle zgubiliśmy, a my precious zgubiła drogę na górę. Nawołując udzielaliśmy jej praktycznych rad mających na celu ułatwienie podróży na górę, z czego najbardziej użyteczne okazały się te, nawiązujące do naprzemiennego przebierania nogami. Gdy brudni i skonani leżeliśmy na szczycie, ktoś zapytał, co byśmy zjedli? Gdy przez głowę zgodnie z fabułą wydawały przewijać się truskawki ze śmietaną, wszyscy zgodnym chórem stwierdzili, że idziemy na pizzę. I tak oto na wiosnę przyjdzie nam ruszyć ponownie w poszukiwaniu zgubionego pierścienia, mając nadzieję, że drużyna będzie przynajmniej tak samo liczna i tak samo nieuleczalnie chora jak dotychczas.

tekst: ADAM REMLAJN

foto: MACIEJ "FRANEK" FRANKIEWICZ

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem