foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

NO TO ... zBUTA ... W ostatnią niedzielę udanie "zaliczyliśmy" debiut w biegach na orientację. Las, który wydawał się znany, który obiegliśmy już niejednokrotnie podczas treningów zaskoczył nas pozytywnie swoim ogromem, mnogością ścieżek i dróg. Wydawało się, że bieganie na tak "niewielkim" obszarze to tylko formalność a odnalezienie wszystkich punktów kontrolnych to przysłowiowy "mały Pikuś" ...nic bardziej mylnego już od samego początku, pierwsze kilometry na leśnych duktach pokazały, że będzie to naprawdę wymagająca zabawa... Bieganie z mapą i kompasem, azymuty, szukanie po krzakach malutkich znaczników to super sprawa i naprawdę dobry trening..... na koniec ognisko, ciasto i ciepła herbata. Warto było niedzielę spędzić wśród drzew. Czterech śmiałków podjęło wyzwanie z czasem, dystansem i wilkami ponoć spuszczonymi tuż po starcie przez organizatorów.... PRZYGODA W LESIE !!!!  ... 

 

KRZYSZTOF IWANEK

Jakiś czas temu Maciej Frankiewicz wyszperał w nieocenionym internecie hasło "zButa". Wow!!! Bieg w znanych mi sztumskich lasach to coś dla mnie. Jako że w naszej grupie jest spora liczba tzw. "Dzieci Lasu" nie było problemu z drugą osobą do zespołu. Tak powstał super team "K&K", który z mojej perspektywy gwarantował udany start. Przyznam uczciwie, że im bliżej było do startu tym więcej znaków zapytania i diabełków w głowie żeby się z tego pomysłu "wymiksowac", ale koleżankę z grupy zawieść... NIE!! No to Kama jedziemy!! Jeszcze tylko biegowy plecak, batony, "izotoniki" własnej receptury i po 15 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Potem już tylko odprawa, po mapie dla drużyny i lecimy te 25 km zabawy/treningu... Tak sobie to wyobrażałem przed startem, ale rzeczywistość okazała się inna. Otóż w całej tej zabawie nie bieg, tempo, rytm był ważny, lecz zmysł orientowania się w terenie i taktyka. Na szczęście Kamila od początku stawiała na RUN&FUN, więc godzin spędzonych w nadleśnictwie Wilki nie żałuję. Cieszę się z niedzieli w super towarzystwie. Dzięki Kamila, Maciej i Arek :)

 

KAMILA ANACZKOWSKA

Mimo perspektywy spędzenia niedzieli w łóżeczku do południa (było to możliwe, gdyż oddaliśmy Adasia do dziadków), za namową kolegów z GM postanowiłam wziąć udział w Leśnym Rajdzie na Orientację „zButa”. Wystartowaliśmy w dwuosobowych zespołach, ja z Krzysiem i Arek z Frankiem, jednak założenie było takie, aby biec, jako jedna drużyna. Krzysztof zadbał o całą przyjemną stronę rajdu mówię tu o bidonach mocy i jedzeniu oraz ogromnej dawce dobrego humoru. Mimo, iż moi koledzy potraktowali rajd bardzo poważnie, nie przeszkodziło to w czerpaniu radości z ponad 3 godzinnej wędrówki po lesie. Niekoniecznie cały rajd miał dużo wspólnego z bieganiem, bardziej liczyła się tu umiejętność czytania mapy. Większość uczestników rajdu wyposażona była w buty trekkingowe, plecaki, mimo mroźnej pogody byli też śmiałkowie z dzieckiem. Organizacyjnie bardzo fajna, kameralna imprezka. Fajny sposób na aktywne spędzenie niedzieli. Na pewno wystartuję w drugiej, nocnej edycji. W nocy po lesie to dopiero będzie przygoda .

 

ARKADIUSZ DYLERT

Tak naprawdę nie wiem jak mam opisać ten rajd na orientację Zbuta. Było to coś nowego w mojej kilkuletniej historii biegania. Zaproszenie wysłał mi Franek i postanowiliśmy, że przebiegniemy ten rajd, traktując go jako co niedzielne długie wybieganie. Organizator deklarował 25 km zaliczając wszystkie punkty kontrolne, nam wyszło troszkę więcej bo 30 km :) Kilka razy się zgubiliśmy, do jednego punktu kontrolnego pobiegliśmy nawet dwa razy ... a co, nie można? Numer 13 był tym szczęśliwcem. Ogólnie to spodobała mi się taka forma spędzania czasu, połączenie biegania z orientacją w terenie. I choć Frankowi czasem trudno przychodziło zaufanie moim oględzinom mapy i wskazywanie trasy to jednak odwiedziliśmy wszystkie lampiony, czyli punkty kontrolne. I nie była to tylko moja zasługa, bo mapa wędrowała z ręki do ręki. Poznaliśmy nowe ścieżki w lesie w którym biegamy, ale znajomość lasu miała się w tym wypadku nijak do odwiedzanych przez nas punktów. Co z tego, że wiedziałem gdzie jestem, jak lampiony były tak usytuowane, że bez mapy nigdy byśmy ich nie odnaleźli. Podsumowując, było super i na pewno będę chciał jeszcze pobiegać na orientację. Muszę tylko przybliżyć sobie operowanie kompasem bo na niedzielny dzień służył mi tylko do wyznaczania północy. Z biegowym pozdrowieniem.... Zbuta  :)

 

 

MACIEJ FRANKIEWICZ

Jak już moi przedmówcy wspomnieli informację o imprezie otrzymałem od znajomej (dzięki Marzena :) ), jedno zaproszenie na FB i lawina ruszyła. Spodobał się mi ten pomysł tym bardziej, że każdą niedzielę biegamy z Arkiem w lesie. W tego typu zawodach tak jak i reszta ekipy GM startowałem pierwszy raz. Słyszałem sporo pozytywnych komentarzy na temat biegów na orientację i nie zawiodłem się. Impreza była udana. Pogoda też dopisała, mimo że było bardzo zimno, szczególnie na samym początku. Na miejsce przyjechaliśmy przed 9:00. W leśniczówce Wilki (nadleśnictwo Kwidzyn) mieściło się biuro zawodów.  Organizatorzy z Tomaszem Rychlewskim na czele powoli przygotowywali sprzęt oraz rozpalili ognisko, przy którym mogliśmy się ogrzać. Tuż za nami chwilę później dojechała ekipa ze Sztumu i z auta wysypali się znajomi, z Zantyra. W sumie do zawodów przystąpiło około 25 zawodników w większości startujących w parach.

Punktualnie o 9:30 po krótkiej odprawie wyjaśniającej zasady ruszyliśmy w las. Jak się okazało w biegach na orientację nie jest najważniejszy ogólny czas na trasie, w jakim odnajdziemy wszystkie lampiony/punkty terenowe. Tu ważna jest strategia, czyli odpowiednia kolejność odnajdywania punktów oraz doskonała orientacja w terenie i znajomość posługiwania się mapą / kompasem. Organizator przygotował nam 19 miejsc, które musieliśmy odszukać. Większość punktów premiowana był stałą liczbą za odnalezienie oraz klika bonusowych i to były te, które mogły zaważyć o wygranej, premiowane były w zależności od czasu lokalizacji, czyli ten, kto najwcześniej do nich dotarł zbierał najwięcej. Każdy lampion był opisany na mapie a oznaczony w terenie biało czerwoną kratką, miał swój kod i kolor. Zawodnicy otrzymali specjalne karty gdzie należało wpisać kod odnalezionego punktu oraz zamalować kolorową kredką odpowiednią rubrykę, poniżej należało wpisać czas odnalezienia. Te karty służyły potem o rozpisania wyników na mecie. Dodatkowym utrudnieniem była karta, którą otrzymaliśmy tuż przed startem zmieniająca nazewnictwo punktów w odniesieniu mapa - teren. Ten fakt później zaważył nad tym, że szukaliśmy dwukrotnie pechowego punktu 13 - pisał o tym wcześniej Arek.

Zawody nie należały do łatwych, spodziewałem się, że biegając wcześniej w tym lesie łatwo odnajdziemy wszystkie lampiony. Tak naprawdę pierwsza godzina to była nauka czytania mapy i lokalizowania się na jej podstawie w terenie. Biegnąc trzeba było intensywnie rozglądać się na boki jednocześnie lokalizować charakterystyczne punkty i sprawdzać je na mapie. Często błądziliśmy i nadkładaliśmy drogi, mijaliśmy lampiony nie zauważywszy, że są obok. Taki urok rajdów na orientację. Tak zabiegaliśmy w czwórkę ponad 20 km. Niestety pod sam koniec musieliśmy się rozłączyć. Kamila i Krzysztof wrócili do bazy a potem do domu. Z Arkiem dokończyliśmy zabawę i powiem szczerze, że te ostatnie punkty, mimo że były położone blisko siebie przysporzyły nam najwięcej kłopotów. Przy tych 4 ostatnich lampionach najwięcej nadłożyliśmy drogi i błędnie kluczyliśmy po krzakach. Dobrze, że wcześniej ustaliliśmy harmonogram i trzymaliśmy się ściśle wytyczonej ścieżki. Krok po kroku od jednego lampionu do drugiego... Ostatnie 2 km to już sprint do mety.

W leśniczówce czekała na nas już gorąca zupa i herbata. Było ciasto i pieczone kiełbaski. Około 14 z minutami zameldowaliśmy się na mecie. Tam już czekało kilka ekip, które zakończyły przygodę wcześniej. Po chwili zaczęli przybywać inni zawodnicy. Wszyscy razem przy ognisku na bieżąco mieliśmy okazję skomentować wrażenia z biegu jednocześnie zajadając się zupą i ciastem. Podsumowując impreza godna polecenia. Klimat i w ogóle bieganie w tego typu zawodach uważam za super sprawę. To coś innego od równego, monotonnego klepania kilometrów. Tu jest przygoda, adrenalina i współzawodnictwo trochę innego typu. Spora frajda jak odnajdzie się kolejny punkt z mapy. Dużo biegania i masa pozytywnych wrażeń podczas przedzierania się przez leśne ostępy. Można naprawdę się zgubić, mimo że przed nosem tkwi plan. Dużym plusem jest też fakt, że impreza jest organizowana praktycznie kilka kilometrów od Malborka. Będę tam wracał jak często się da ... Warto.

 

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem