foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

NEVER STOP DREAMING...

Cześć! Mam na imię Agnieszka i biegam od prawie 3 lat. Wiem, wiem, początek brzmi jak na spotkaniu grupy wsparcia osób uzależnionych, ale… poniekąd tak właśnie jest :)

Przygodę z bieganiem rozpoczęłam od skromnych 5 km z moim mężem - to on pewnego dnia szykując się do treningu powiedział coś w stylu: “Ale Ty to chyba byś za dużo nie przebiegła…”. Już wcześniej myślałam o tym, żeby spróbować więc wobec takiego wyzwania natychmiast odezwało się we mnie dobrze znane staropolskie “Coooo? Ja nie pobiegnę???” i z pełną determinacją potuptałam razem z Bartkiem :) I tak już zostało - z mniejszą lub większą regularnością, czasem z chęci, a czasem z wyrzutu sumienia, że zbyt mało się ruszam i dbam o kondycję. Szukając sposobu, aby dodatkowo zmotywować się do działania, zaczęłam brać udział w zorganizowanych biegach na 10 km, a bardzo szybko dorzuciłam do kompletu również półmaratony. Czułam się na tych dystansach bardzo wygodnie, dobrze mi się biegało i nie chciałam niczego zmieniać. Jednocześnie cały czas podziwiałam i starałam się wspierać otaczających mnie maratończyków i ultramaratończyków, trochę im po cichu zazdroszcząc, a trochę stukając się w czoło na myśl o tak dalekich odległościach i długim czasie biegania. Do czasu…

 

Dokładnie 15 kwietnia tego roku znalazłam w domu prezent - nowe skarpetki do biegania zapakowane w kolorową torebkę. Pomyślałam, że mojemu mężowi już doszczętnie odbiło, gdy zauważyłam coś jeszcze - gustownie sporządzone zawiadomienie o tym, że zostałam zgłoszona na XX Maraton Solidarności w Gdańsku. Głęboki wdech i wydech, ale zero wahania - sama nie miałam odwagi się zapisać, ale wiedziałam, że chcę pobiec. Rozpoczęłam regularne treningi, wprowadziłam zmiany w diecie, trochę siłowni, stabilizacji i rozciągania. Słowem - robiłam swoje. Czy to o 5 rano przed pracą, czy o 21 po pracy, w Malborku, na Kaszubach, w Bieszczadach. Czułam, że jeśli odpuszczę sobie którykolwiek trening, to odbije mi się czkawką podczas maratonu. Więc nie odpuszczałam. Dodatkowo opowiedziałam wszystkim dookoła tym, że startuję - wtedy to już w ogóle wstyd się wycofać :)

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że przygotowania były dla mnie bezbolesne - jasne, że czasami fajniej byłoby dłużej pospać, napić się piwka ze znajomymi czy pochrupać coś niezdrowego. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że bardzo rzadko się poddaję - żywieniowo bardzo szybko przestawiłam się na właściwe tory (ku mojemu zaskoczeniu przyszło mi to z łatwością :) ), rano po prostu zaciskałam zęby i wstawałam na treningi, a każdą drobną kontuzję, która się pojawiała starałam się jak najszybciej wyleczyć. Niewątpliwą motywacją było też przekraczanie moich własnych granic biegowych podczas długich wybiegań - od znanych mi 21 km stopniowo pokonywałam kolejne - 23, 25, 27… Aż do 32 km, bo tyle przebiegłam treningowo najwięcej. Upór i zdecydowanie - bo jak nie teraz, to kiedy?

 

Ostatnie dni przed maratonem, jak i sam poranek 15 sierpnia minęły bezstresowo. Wiedziałam, że zrobiłam, co mogłam, a teraz czas postawić kropkę nad ‘i’ - pobiec. Bez presji na konkretny czas, z przyjemnością, a nie z przymusem. żartowałam, że niezależnie od rezultatu i tak zrobię ‘życiówkę’ ;) Planowałam ustawić się za balonikami na 4:15 i w trakcie biegu weryfikować swoje możliwości. Kiedy ustawiłam się na linii startu, a obok pojawił się Przemek Ignaszewski, który postanowił towarzyszyć mi w tym biegu wiedziałam, że z mojego planu nici :) Od samego początku biegliśmy z pacemakerami na 4:00 - wesoła atmosfera, łagodna trasa i słońce schowane za chmurkami sprawiały, że kilometry uciekały nie wiadomo kiedy i zanim się spostrzegłam, połowę dystansu mieliśmy za sobą. Potem zaczęło być już trudniej - pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia, słońce wyszło zza chmur i świeciło w najlepsze, a na trasie pojawiło się kilka podbiegów. Myślę, że koło 25 km pojawiło się u mnie coś, co można nazwać ‘ścianą’, a raczej małą ‘ścianką’ - drobne zmęczenie i świadomość, że w sumie to jeszcze spory kawałek do mety na chwilkę odebrały mi entuzjazm. Jednak szybko wróciłam do siebie - regularnie schładzana wodą i motywowana dobrym słowem przez ‘osobistego bodyguarda biegowego’ -  Przemka :) I tak do samej mety - pomimo upływu sił, głowa trzymała się mocno, a z każdym mijanym kilometrem na twarzy pojawiał się szeroki uśmiech. A najszerszy pojawił się na linii mety, którą przekroczyłam dokładnie po 4:05:45 od startu zajmując tym samym 426 miejsce w kategorii Open i 6 w K-20, tym samym przechodząc swoje najśmielsze oczekiwania :)

Dziś, a piszę ten tekst dzień po maratonie, boli mnie dokładnie wszystko - nawet te mięśnie, o których istnieniu nie miałam dotąd pojęcia :) Jednak gdybym mogła cofnąć czas do momentu podjęcia decyzji o starcie, i tak wyglądałoby to dokładnie tak samo. W momencie, gdy wbiegłam na metę, a na mojej szyi zawisł medal, poczułam, że coś się w moim życiu zmieniło - stałam się lepszą wersją samej siebie i osiągnęłam wcale niełatwy cel, który kosztował mnie sporo pracy i samodyscypliny. A takie osiągnięcia mają największą wartość.

Na koniec podziękowania:

- dla mojego męża Bartka - za pchnięcie do działania, czuwanie nade mną, motywację i każdy ochrzan, który mi się należał, za kibicowanie na trasie i buziaka na mecie :)

- dla Przemka Ignaszewskiego - mojego bodyguarda, opiekę medyczno - psychologiczną i wsparcie motywacyjne w trakcie biegu; za każde dobre i cenne słowo podczas przygotowań - każdemu życzę takiej opieki podczas debiutu :)

- dla Maćka Frankiewicza - za wszystkie rady i kopniaki do działania, za superpozytywną energię :)

- dla Wioli Jedynak oraz rowerowej rodzinki Dylertów - za wsparcie na trasie na tych najtrudniejszych dla mnie kilometrach (wiedzieliście, skubani, gdzie się ustawić ;) )

… oraz dla wszystkich, absolutnie WSZYSTKICH, którzy mi kibicowali i przesyłali pozytywną energię podczas przygotowań, przed startem, w trakcie i po biegu - tych z Grupy Malbork, z ZSP 3 oraz całej reszty świata :)

A jeśli ktoś nadal się waha, czy pobiec maraton - TAK, pobiec. Nastaw się dobrze, przygotuj jeszcze lepiej i biegnij! No bo w końcu… RUN IS FUN! ;)

Agnieszka ‘Siekierka’  Jeromin

 

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem