foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

- MARATON MOJEGO ŻYCIA -

Potrzebowałem przebiec 10 maratonów, żeby poznać jego magię...

Po swoim pierwszym maratonie 28 września 2008 roku w Warszawie, na którym to po 30 kilometrze miałem serdecznie dość zabawy w bieganie, wiedziałem że pobiegnę kolejne maratony, nie wiedziałem jednak, że będę potrzebował dziesięciu aby odkryć magię tego biegu.

Niedługo minie 5 lat jak regularnie poruszam się szybkim truchtem do przodu, czyli potocznie mówiąc biegam. Przygoda z Berlinem rozpoczęła się w sumie już w 2009 roku, kiedy to zacząłem poważnie myśleć o starcie w jednym z trzech największych maratonów na świecie. Rozmowy z przyjaciółmi, ich opowieści o tym maratonie dolewały tylko oliwy do ognia.

CEL

Aby porwać się na Berlin potrzebowałem takiego właśnie ognia zapalnego, którym to stało się wkrótce postanowienie zdobycia Korony Maratonów Polskich. Zaliczając wszystkie pięć największych polskich maratonów, Wrocław i Poznań w 2009 roku, oraz Kraków, Warszawę i Dębno w 2010 roku, a tym samym zdobywając to odznaczenie postanowiłem, iż kolejnym moim i dodatkowo jubileuszowym bo dziesiątym startem w maratonie, będzie 38 Berlin Marathon 25 września 2011 roku.

Moja droga do Berlina rozpoczęła się faktycznie już miesiąc po ubiegłorocznej edycji i rozpoczęciu zapisów na ten rok. Wspólnie z kolegą Mirosławem Jurewiczem, postanowiliśmy zdobyć Berlin. Szalone tempo rejestracji do maratonu zaskoczyło mnie całkowicie, pierwsza fala 10.000 osób szybko wypełniła listę startową, postanowiliśmy trochę się pospieszyć, a i tak nasza rejestracja w listopadzie 2010 roku wypadła w granicach 26.000 osób. Limit 40.000 zapisanych wyczerpał się natomiast już w lutym.


Nic dziwnego, bo tylko w bieganiu czysty amator może stanąć na starcie "ramię w ramię" z najlepszymi biegaczami na świecie - Heile Gabreselassie, Patrick Makau, Paula Radclife, Florence Kiplagat, to tylko niektórzy z nich.

TRENING

20 tygodni przed maratonem, wszystkie treningi i starty podporządkowałem pod jeden cel - Berlin. Z góry nie zakładałem walki o wynik lub rekord życiowy. Moim celem stało się przygotowanie organizmu tak, abym bez problemów i z uśmiechem przebiegł 42 km i 195 m maratońskiej trasy. Pomocną dłoń w tym momencie wyciągnął do mnie Piotr Suchenia, maratończyk i trener lekkoatletyki, mąż mojej wspaniałej koleżanki Iwonki, który widząc moje wykresy tętna z biegów na innych dystansach, oraz wartość HR max na jaką wkręca się mój silnik, podjął się misji niemożliwej  wypracować u byłego ciężarowca (typowa siła szybka) wydolność tlenową. Na samą myśl o takich dwóch skrajnościach niejedna osoba mająca co nieco za pan brat z fizjologią wysiłku, uśmiecha się z politowaniem. Do tej pory plany treningowe układałem sam, realizując je mniej lub bardziej systematycznie i biegając dużo treningów po prostu... za szybko. Od tej pory miało się to zmienić.

Naucz się biegać wolno żeby biegać szybko

to stare powiedzenie polskiej szkoły biegania wydawało mi się śmieszne...

20 tygodni treningów do startu w maratonie rozpocząłem 9 maja 2011 roku. Plan opierał się na zbudowaniu wytrzymałości tlenowej, której ewidentnie mi brakowało. Z jednej strony przez sportową przeszłość nastawioną na siłę szybką, a z drugiej przez moje biegowe.... lenistwo i unikanie długich wybiegań. Rozpoczął się okres dziwnych trenningów, na porankach z klubem zostawałem z tyłu biegnąc wolno i nerwowo spogladając na pulsometr, którego wskazania zmuszały mnie do... zwalniania.

Niektórzy członkowie klubu zaczęli zastanawiać się, czy ze mną wszystko w porządku. Po kilku tygodniach tego dziwnego biegania coś drgnęło, biegając wciąż w zakresie tlenu, zacząłem nabierać prędkości i zbliżać się do zakładanego tempa, jakie chciałem utrzymać na maratonie. Podczas okresu przygotowań do berlina nie obyło się bez nieprzewidzianych zdarzeń. Dwa tygodnie wypadły zupełnie przez kontuzję kostki podczas zawodów w Kołobrzegu, kilka treningów długich musiałem skrócić lub odpuścić, bo trochę dokuczał mi mięsień łydki. W sumie podczas 20 tygodni przygotowań do statu w maratonie berlińskim przebiegłem 854 kilometry zawarte w 71 jednostkach treningowych, poświecając na to około 86 godzin i 55 minut.

BERLIN

Czwartek

Na berliński maraton wyjechaliśmy już w czwartek po południu, planując zanocować w okolicach granicy i rano śmignąć do celu naszej podrózy. W trakcie jazdy okazało się, że są problemy z noclegiem i musimy szukać czegoś na własną rękę. Przytulny kąt znaleźliśmy w stanicy wodnej OSiR-u w Gryfinie, położonej na międzyrzeczu odry. Bezpośrednio po wczesnym śniadaniu udaliśmy się w dalszą drogę, ostatnie telefony, smsy, emaile z zasięgu polskich komórek, żegnaj internecie i zaczęło się...


Piątek

Do Berlina przybyliśmy w trakcie końcówki wizyty Papieża Benedykta XVI i jego przejazdu na lotnisko Tegel, przez co mogliśmy zaobserwować niecodzienne zjawisko pustej autostrady w Berlinie. Po perturbacjach związanych ze zmianami w ruchu dotarliśmy na "stare" lotnisko TEMPELHOFF, które na czas maratonu staje się jednym wielkim maratońskim centrum mieszczacym biuro i targi, tego największego maratonu w Europie.


Będąc na miejscu przed otwarciem biura, mogliśmy być świadkami niecodziennego zjawiska. Z każdą chwilą na plac dochodziły dziesiątki ludzi, około 12 stej było ich już kilka tysięcy.... a to był dopiero początek...

Punktualnie o 12:00 otworzono centralne wejście na Tempelhoff, wszyscy spokojnie ruszyli wyznaczoną trasą w kierunku biura. Po drodze mineliśmy wielki plac kateringu, po czym weszliśmy na halę targów. Kilka sal byłego lotniska po prostu tonęło w różnorodności stoisk ze sprzętem dla biegaczy i triathlonistów.


Swoje kroki skierowałem jak wszyscy na biuro, gdzie sztab miłych wolontariuszek w jakieś 30 sekund wydał mi numer starowy i kilka drobiazgów. Mała kolejka utworzyła się, jedynie do punktu informacyjnego gdzie przez omyłkę stanąłem aby wypożyczyć czipa.

Po zorientowaniu się że stoję nie tam gdzie trzeba, przeszedłem w kierunku "Rent a Chip" i po jakiejś minucie miałem już wszystko co było mi potrzebne żeby wystatrować :) Niemiecka perfekcja obsługi, przemyślane podejście do sprawy, jeszcze niejednokrotnie dało się odczuć.


Kolejnym krokiem było poszwędanie się po targach, ceny nieporównywalnie nieopłacalne w stosunku do naszych, chyba że na wyprzedażach więc po prostu zwiedzałem. Udało mi się porozmawiać chwilę i zrobić pamiątkowe zdjęcie z Katherine Schwitzer pierwszą kobietą, która oficjalnie przebiegła maraton, w czasach gdy federacja lekkiejatletyki zabraniała płci pięknej brać udział w tak długich biegach. Start i ukończenie maratonu przez Katherin wpłynęło na rozwój tej dyscypliny również wśród pań. Marathon Woman - jak określają ją biegacze, to bardzo sympatyczna, miła i wesoła postać.


Polowaliśmy oczywiscie na możliwość zrobienia zdjecia z Haile Gabreselasie, niestety nie udało się i musieliśmy zadowolić się półśrodkiem...

Po załatwieniu formalności zwiazanych z zalogowaniem się na biurze, udaliśmy się z Ewą i Mirkiem do hostelu, zaliczając po drodze okolice sławnej już Bramy Brandenburskiej.


Sobota

Ten dzień przeznaczyliśmy na małą wycieczkę po Poczdamie :) Oczywiście zaplanowaliśmy ją tak, aby jak najmniej obciążać nogi i większą jej część pokonaliśmy turystycznym autobusem z odkytym dachem. W połowie drogi wysiedliśmy z naszego wehikułu "hoop on hoop off" i zwiedziliśmy okolice parku Sans Souci.


Po południu spieszyło się nam bardzo, gdyż wcześniej umówiliśmy się z ekipą ze Świnoujścia z Agnieszką na czele w restauracji Vapiano na małe Pasta Party. Przygotowywany na oczach klienta posiłek smakował wyśmienicie, takiego Spagetti Carbonarra dawno nie jadłem.


Po powrocie do hostelu zajęliśmy się ostatnimi przygotowaniami do startu. Napięcia dodawał fakt że Mirkowi chyba odnowiła się kontuzja podkolana... Tego dnia położyliśmy się wcześnie, bo pobudka została zaplanowana na 5:30...

MARATON

Przebudziłem się przed budzikiem, było jeszcze ciemno... Zawsze w takich momentach włącza mi się analiza, czy wszystko mam, czy o niczym nie zapomniałem, czy to czy tamto... Człowiek biegnie dla zabawy w środku stawki, a przeżywa start jak przysłowiowa stonka wykopki...


Dzień rozpoczęliśmy od śniadania, start o 9:00 więc co nieco trzeba było wrzucić do baku żeby było na czym biegać. Ewa przygotowała wcześniej pyszny makaron, zjedliśmy też trochę pieczywa z miodem i dżemem. Cały czas również piliśmy napoje izotoniczne, żeby nawodnić się do granic możliwości. Powodowało to później pewne komplikacje, ale nawodnić się to podstawa :)

O godzinie 7:00 opuścilimy hostel udajac sie na przystanek U-bahn na Hohellnzolerdamm, na stacji było już kilka osób z charakterystycznym białymi maratońskimi workami, w których oddaje się rzeczy do depozytu. Reakcja mijanych osób była zawsze ta sama, miły sympatyczny wesoły uśmiech i biegowe pozdrowienie.

W metrze, to o czym mówił Piotr, coraz wiecej białych worków... Na dworcu Potsdamer Platz na którym wysiedliśmy było po prostu biało..... Coraz więcej i więcej białych worków... Niesamowite wrażenie, wszyscy ludzie szli w jednym kierunku... w jednym celu... jak jakaś sekta :)

Dotarliśmy w końcu do strefy, do której mogli wejść już tylko zawodnicy. Dalej nie sposób było się pomylić, doskonałe oznakowanie depozytów, toalet, i drogi do strefy startowej utwiedzało mnie w przekonaniu że perfekcja w organizacji tego biegu, to nie przypadek.

Po dotarciu do strefy dla zawodników, życząc sobie szczęścia i dotarcia do mety ruszyliśmy w tłum. Nie sposób było się zgubić, oznakowanie depozytu zaprowadziło mnie za przysłowiową rączkę do celu. Po zdaniu swojego dobytku, udałem się w kierunku wejść do stref startowych. Po raz kolejny wystarczyło patrzeć w górę, jak na niemieckiej autostradzie by wejść w odpowiednią drogę prowadzącą do mojej strefy F.

Zatrzymałem się poprawić sznurowadła, jedno było lekko za ciasno zawiązane, a na maratonie niestety "wszystko przeszkadza" jak coś jest nie tak. Do swojej strefy dotarłem na około 10 min przed startem, biegacze pomagali sobie przejść przez barierki, kiedy siedziałem chwilę na nich ujrzałem niesamowity kolorowy tłum, szkoda że wyciagnięte ku mnie ręce tak szybko oderwały mnie  od tego widoku. Stanąłem po prawej stronie oddalając się lekko od krawędzi jezdni. Tłum falował, niesamowita klimatyczna muzyka wprawiała wszystkich w rewelacyjny nastrój, na chwilę zapominało się co zaraz nastąpi i co czeka każdego z nas. Rozpoczęła się prezentacja zawodników, faworytów biegu, Paula i Haile dostali niesamowite oklaski, tłum szalał... Nagle muzyka zmieniła się, w górę poszły balony i rozpoczął się 38 Berlin Marathon... a ja stałem w miejscu :) Ruszła pierwsza fala startowa, strefy od elity do D, po jakiś pięciu minutach zrobiłem pierwszy krok. Pomału bez przepychanek, wesoły tłum zaczynał maszerować, następnie truchtać, pod bramą startową znalazłem się po ponad 12 minutach od startu, a byłem gdzieś w środku stawki startowej.

To było niesamowite wrażenie, zaczęliśmy wszyscy pomału biec, niesamowita muzyka, tłumy kibiców sprawiały że adrenalina szalała. Wiedziałem jak mam pobiec, więc nie "poszedłem" za tłumem, pamiętając i powtarzając sobie w myślach "spokojnie stary, tylko spokojnie, wszystkich wyprzedzisz po 30 kilometrze"...

Biegłem pilnując tempa i tętna, pierwsze kilometry były lekkie, adrenalina robiła swoje, mijałem kilometry biegnąc w granicach 5:30 - 5:45 na km. Tłum był tak wielki, że i tak nie pozwalał na jakiekolwiek szaleństawa z wyprzedzaniem. Po starcie, nawiązałem miłą rozmowę z biegaczką z Polski, planującą też wynik w granicach 4 godziny. Lecieliśmy tak z 5 km i zgubiliśmy się na punkcie z wodą, generalnie odnalezienie kogokolwiek w tym tłumie było niemożliwe. Na trasie jeszcze niejednokrotnie słyszałem "Witamy Malbork", "Polska" i inne miłe pozdrowienia :)

Trasa była pełna kibiców, nie było tu przypadkowych gapiów, zdenerowanych kierowców, spieszących się akurat teraz do hipermarketu po bułki...

Ludzie dopingowali na różne sposoby: podwórkowe kapele, profesjonalne zespoły, dzieci z garnkami, starsza pani z tamburynem, wszyscy dodawali nam skrzydeł, wiedzieli jak bardzo ich wsparcie nam pomaga...

Na 10 kilometrze zorienowałem się że mam przed sobą pacemakerów prowadzących biegaczy na 4 godziny. Widok był niesamowity, zwarty tłum uniemożliwjający wyprzedzenie go...

Na początku zignorowałem ten fakt i biegłem swoje, na każdym punkcie piłem kubek wody, izotonika, polewałem głowę wodą, moczyłem w niej również czapkę żeby się ochłodzić. Pogoda była piękna, było nawet lekko za ciepło, ale trasa miała dużo cienia, była płaska i równa jak stół, nic tylko biec, biec do mety.

Na półmetku zameldowałem się po 2 godzinach i 1 minucie, czyli według planu - pobiec spokojnie pierwszą połowę, do 30 km pilnować się, a potem lekko ruszyć i powalczyć o wynik, jeśli nie będzie niespodzianek.

Do 29 km wciąż było wesoło, dopingujący nas widze, alpejskie dzwoneczki, kołatki, bębniarze, to wszystko tworzyło atmosferę jednego wielkiego czterdziestodwukilomertowego finiszu. W okolicach 25 km zacząłem zauważać pierwsze osoby, które szły. Zaczęli za mocno, zaczynali mieć kłopoty.

Bardzo dobrym rozwiązaniem były punkty medyczne, wyposażone w polowe łóżka, a sztab masażystów i lekarzy pomagał biegaczom, którzy mieli jakieś problemy. Wciąż biegłem, czasem łapałem się na tym że biegnę za szybko i zwalniałem, a mimo to wciąż wyprzedzałem hurtem całe masy ludzi...

Biegacze wiedzą, że to daje niesamowitą siłę. Było tak jak pisała Iwona "najlepsze jest to, że wciąż wyprzedzasz..." Dotarłem do 29 km i zacząłem kombinować, wiedząc że tak naprawdę maraton zaczyna się po 30 kilometrze.

Pamiętałem także, że dla osób które przesadziły z tempem na początku, często maraton się wtedy "zacina", a czasem nawet kończy...

Wszytko było w porzadku, najbardziej obawiałem się o mięśnie ud, na maratonie często miałem problemy ze skórczami, które skutecznie uniemożliwiały mi kontynuowanie biegu z zadowalającą prędkością. Cały czas biegłem z wielkim rogalem pod nosem, pozytywna głowa to także bardzo istotna część biegu, jeśli ona przestanie biec, maratończyk się zatrzyma, zwolni, często zejdzie z trasy...

Kiedy minąłem 29 kilometr postanowiłem przyspieszyć, krótka myśl - "no chłopie przyjechałeś tu tyle kilometrów, biegniesz w największym maratonie na świecie, czas ruszyć du... i trochę pobiegać" , wrzuciłem bieg na wyższy i tempo wskoczyło na 5:10 - 5:15 na km. Biegło się nadal lekko, tętno utrzymywało się na pozomie tlenowym, wiedziałem że wykonana praca i zastosowanie się do rad Piotra Sucheni było słuszne.

Na 35 km spotkała mnie dziwna sytuacja, tłum biegaczy rozdzielał się niepierwszy już  zresztą raz, by za chwilę znów się połączyć, powodem były małe roboty drogowe na śroku jezdni. Nagle usłyszałem znajomy pisk chipów ale ku mojemu zdziwieniu... z drugiej strony ulicy.

Pierwsza myśl " jeśli nie przebiegnę przez matę, nie sklasyfikują mnie" ... wszystko na nic... 

Podbiegłem do wolontariusza z zapytaniem o matę, na co słyszę " LAUF LAUF" i zdecydowany ruch rękoma abym dalej biegł. Po sekundzie zawachania, zawróciłem jakieś 20 metrów, żeby przebiec po macie... długo będę to pamiętał :)

Na trasie korzystałem też z własnego prowiantu, zabrałem 2 żele energetyczne, pochłaniając pierwszy przed 20, a drugi na 30 km trasy. Zabezpieczenie punktów odżywczych, było jednak bardzo dobre, banany, pomarańcze, czekolada i inne łakocie kusiły biegaczy. Na punktach korzystałem tylko z wody, czasem z izotoniku.

Dotarłem do 39 km i .... popełniłem mały błąd. Poprawiając mokrą koszulkę i czapkę, lekko się wygiąłem w tył i złapał mnie skórcz lewego uda. Momentalnie bieg zmienił się w walkę, aby skórcz nie zablokował mi kolana, co miało miejsce w Krakowie na 38 km...

Zacisnąłem zęby i starałem się zignorować ból, po kilometrze utykania mięsień puścił...

Skręciłem w lewo, minąłem 41 kilometr i w oddali zobaczyłem Bramę Brandenburską. Poprzedniego dnia zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a teraz czułem się jakbym widział ją pierszy raz. Ciarki zaczęły przechodzić mnie po plecach, ludzie krzyczeli z radości, doping ogłuszał...

Przebiegając pod Bramą, pomny słów Andrzeja, który biegł tu rok wcześniej " zostawiłem Ci tam moc " ,przebiegłem wskazanym łukiem Bramy.

Ręce w górze, spojrzenie nad siebie... Jest się takim małym człowiekiem w obliczu Bramy, a wie się że można zrobić wszystko, trzeba tylko chcieć, trzeba działać, trzeba mieć pasję, trzeba robić to co się kocha...

Ostatnie 195 metrów maratonu to istne szaleństwo... Muzyka, Telebimy, Kibice, Biegacze... Poziom adrenaliny wyszedł mi chyba poza mierzalną skalę, biegłem klaszcząc w rytm tłumu nad głową, wielu biegaczy, ja także miało mokro w oczach.

Przed nami wielki telebim, bezcenne wrażenia....

Zatrzymałem się za metą, ludzie z ponad 125 krajów, gratulują sobie, pomagają, wszyscy są niesamowicie szczęśliwi, pojawiają się łzy, łzy wzruszenia, łzy niesamowitej radości z pokonania samego siebie, pokonania własnych słabości i pięknej trasy Berlińskiego Maratonu...

4 godziny 2 minuty i 31 sekund, czyli identyczna czasowo druga połowa dystansu, mimo problemów. Czas tego dnia był dla mnie sprawą drugorzędną, liczyła się dobra zabawa i radość biegania.

Przesuwamy się pomału do przodu, dostaję piękny medal  kawałek metalu, który zaklina w sobie kawałek historii każdego z nas, maratończyków  z  Berlina... Wiele momentów, tego dnia było wyjątkowych, a już na pewno fakt, iż jak się okazło było się uczestnikem maratonu, w którym padł nowy rekord świata ustanowiony przez Patrica Macau. 

Poniedziałek

Ostatni dzień pobytu w Berlinie poświęciliśmy na wizytę w restauracji znajdującej się na wieży radiowotelewizyjnej 207 metrów nad ziemią, wrażenie jest niesamowite... podobnie jak cena kawy lub piwa.

Z okien tarasu widokowego, który dodatkowo się obraca widać całą piękną panoramę Berlina.

Wyjazd do Berlina na długo pozostanie w mojej pamięci, a na pewno na zawsze zmienił moje podejście do popularnego wśród nas amatorów biegania "RUN 4 FUN". Kończąc maraton, czy to pierwszy czy kolejny na mecie jest się innym człowiekiem, naładowanym taką pozytywną energią, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych...

... no i napewno tu wrócę.

Ze Sportowym Pozdrowieniem. Marek Mróz

Podziękowania.

Chciałbym serdecznie podziękować za moc i kciuki grupie wspaniałych ludzi, którzy wpierali mnie, doradzali co i jak biegać, dodawali mocy, pozytywnej energii gdy nie miałem siły, stawiali na nogi gdy jedną z nich znów rozsypałem, dawali kopniaka gdy cackałem się zbytnio ze sobą...

Grażynka, Heniek, Jacek, Stefan, Iwonka, Piotr, Aga, Basia, Rysiek, Iza, Agata, Jasiek, Tadek,

Marcin, Marysia, Grzegorz, Darek, Wiechu, Adam, Radek, Ewa, Andrzej, Wojtek, Szymon,

Jurek, Edward, Kazik, Dorota, Stanisław, Magda, Wiola, i nasza Grupa Malbork.

Dziękuję Wam z całego serca, mając za sobą taki MUR, można wszystko.

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem