foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Foto. Tomasz Kuliński i Przemysław Ignaszewski

Emocje jeszcze nie opadły,ale kilkanaście godzin snu pozwala na to bym mógł skleić kilka słów i w kilku zdaniach opisać 24 godziny do których przygotowywałem się przez kilka ostatnich miesięcy. Nie wiem, czy moje starty na Śląsku, zawsze będą ubarwione opadami, ale i tym razem dojazd na miejsce zawodów odbył w się strugach deszczu. Start odbywał się w Dolinie Trzech Stawów po pętli 2458 m, gdzie też było położone biuro zawodów i całe zaplecze socjalne. Ludzie, którzy zaczęli się zbierać w okolicy, dobrze wiedzieli w jakim celu tu przyjechali, jedni przechadzali się w skupieniu inni tryskali świetnymi humorami. 

 

O godzinie 10:45 w namiocie serwisowym stawiły 72 osoby, gdzie August Jakubik dokonał oficjalnego otwarcia VII Mistrzostw Polski w Biegu 24h po czym wszyscy skierowaliśmy się na linię startu. O godz. 11:00 nastąpił wystrzał z pistoletu startowego i ruszyliśmy wszyscy w 24 godzinną przygodę. Pierwsze kilometry uciekały bardzo szybko, wręcz w piorunującym tempie i w atmosferze piknikowej. Wraz z Pawłem Żukiem, nawzajem się spowalnialiśmy co na niewiele się zdało, ponieważ Garmin pokazywał każdy pokonany kilometr w granicach 5:10-5:20 /km. Bardzo miłą niespodziankę sprawiła mi Gosia Kubica, która postanowiła wesprzeć startujących. Dzięki Gosiu za wspaniały doping,dziś już możesz tam śmigać na rolkach ;)  Niezastąpionym kibicem i fotoreporterem okazał się też Tomek Kuliński, który z racji przebytej kontuzji swój dłuższy start przełożył do Kalisza na 100tke

 

Po 60 kilometrze moje bieganie bardzo mocno wykroczyło poza strefę komfortu, z racji bólu który zaczął przeszywać moje biodro. Coraz częściej przechodziłem w marsz, starałem się rozciągać, robiłem wszystko by poukładać sobie głowę, gdyż wiedziałem że to tam jest źródło bólu. Postanowiłem zarzucić muzykę na uszy, ruszyłem w trasę i o dziwo kilometry znów stały się przyjemnością. Po 10 godzinach i kwadransie miałem już na liczniku stówkę i na szczęście wszystko było ok. z głową, nogami i całą resztą.

 Pierwsze schody pojawiły się krótko po przebyciu 120 kilometra, ból zmęczeniowy, chłód i cholerna niemoc sprawiły, że coraz częściej zacząłem trasę pokonywać marszem. Na około 4 godziny przed końcem, pomyślałem sobie SIADAM! Miałem już na liczniku 160 km, czyli swoje pierwsze 100 mil - wynik, który jak na debiut nie jest wynikiem najgorszym. Usiąść się jednak nie udało, gdyż Koleżanka Iza bardzo skutecznie mnie zmotywowała. Na 1,5 godziny przed zakończeniem bolało mnie już wszystko,a każdy krok, który miałem do pokonania był jak realizacja pokuty. Usiadłem i tak wyczekiwałem końca. Zdawałem sobie sprawę, że każdy kolejny krok może okazać się destrukcyjny dla moich mocno poobijanych stóp,które w godzinach porannych nie były w najlepszej kondycji. W rezultacie udało mi się ukończyć bieg na 21 pozycji, oraz zdobyć 3 miejsce w kategorii wiekowej M30-39.

 

Po każdym biegu pozostaje niedosyt i myśli : Mogłem to zrobić lepiej, bardziej się przyłożyć i nabiegać jeszcze więcej. Gdy jednak analizuje wszystkie za i przeciw, wiem, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy. Myślałem, że bieg 12 godzinny to są chwile, w których zmagam się ze swoimi słabościami i demonami, nic bardziej mylnego. 24 godziny spędzone na pokonywaniu trasy biegowej, przeprowadziło mnie przez skrajne emocje i odczucia. W jednej godzinie przeszywała mnie euforyczna radość, a za chwilę musiałem walczyć z ogarniającą mnie niemocą. Wszystko przez co musiałem przejść zbliża mnie do coraz lepszego poznania siebie, swego organizmu i moich reakcji. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną, ale wiem że podążam w odpowiednim kierunku. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy pomimo  bólu z którym się musiałem zmagać, wystartuję ponownie, odpowiem jednoznacznie OCZYWIŚCIE :) Do zobaczenia za rok :) Pozdrawiam - Przemek.

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem