foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Uczucie, które towarzyszy przekraczaniu mety królewskiego dystansu jest jak narkotyk i potrafi uzależnić. Bo jak inaczej wytłumaczymy sobie celowe skazywanie naszego ciała na cierpienie, ból i tak wielki dyskomfort fizyczny, jakim jest pokonanie 12km w tempie maratońskim tuż po 30km trzymania się założeń treningowych, strategii i planów ustalanych przed zawodami. Wszystko pięknie brzmi i wszystko pięknie można rozpisać na papierze i ułożyć w głowie, a życie i tak pisze własny scenariusz. Trzymając się porównania z dziedziny kinematografii to 1 PZU GDAŃSK MARATON zdaje się być scenariuszem jak z Kill Billa albo innego mordo tłuka Quentina Tarrantino.

Plan był prosty, zacząć 4:40-4:45 przez pierwsze 5km a potem przyspieszać żeby osiągnąć średnią 4:35 na 25km i powoli zacząć przyspieszać żeby na ostatnich 10/12km tempo oscylowało w granicach 4:10/4:15 i finisz w okolicach 4:00.....

 

 

Ustawiony na starcie i nabuzowany jak dobry chmielowy trunek powtarzam w głowie” tylko nie za szybko, wolniej niż chcesz!!!” I tak miało być, niestety tylko do momentu przekroczenia linii startu. Potem to już inna historia. Pierwszy km 4:22 i już pozamiatane w głowie. Drugi 4: 27 itd. Na 5km średnia, 4: 27 czyli bardzo rozminąłem się z tym, co sobie założyłem. Czas na 10km, 44: 27 czyli o 1 minutę szybciej niż planowałem. Od 10-15km udało się zwolnić, bo prędkości oscylowały w okolicach 4: 35 i pojawiły się pierwsze oznaki słabości. Zacząłem rozpisywać scenariusz na ostanie kilometry i wyszedł mi niezły thriller i to nie ten z teledysku Michaela Jacksona – bardziej coś w stylu „Ptaki „Hitchcocka” albo "Martwica mózgu" Petera Jacksona, czyli mikstura strachu, śmiechu i groteski. Taki był 1 PZU MARATON

Po tym jak udało mi się pokonać głowę dołączyłem na 20km do przyjaciela biegowego z Zakopanego, który deklarował przekroczenie mety w czasie, 3: 10 czyli jak dla mnie cudownie. Przez 5 km biegłem z nim, ale po 25km utrzymując stałem tempo, którego on nie wytrzymał zniknąłem mu na prostej i już do końca zmierzałem samotnie. W sumie to przez cały bieg osamotniony stąpałem ku mecie nie licząc oczywiście tłumu postartowego.Po 30km średnie tempo nadal wskazywało 4: 27 i byłem jeszcze optymistycznie nastawiony do walki końcowej i tak właśnie zrobiłem. Postanowiłem nie szarpać i trzymać stałem tempo bez żadnych zmian. Po prostu chciałem wytrzymać biegnąc 4:25/4:30 do mety. Bez finiszu bez morderczej walki na ostatnich metrach. Chciałem i tak miałem, ale niestety tylko do 37/38km. Tam właśnie było to, czego nie znoszę na trasie maratonu, czyli nawrót na pętli i powrót do mety. Jest to tak deprymujące i wykańczające psychicznie, że organizm już na ostatnich kilometrach nie chce słuchać głowy, ponieważ dokładnie wiemy jak daleko jest do mety, bo już ten kawałek wcześniej przebiegliśmy. A do mety pozostało ponad 4km, a co najważniejsze 4km pod wiatr. Słowo „wiatr” celowo pozostawiłem na koniec, ponieważ moim skromnym zdaniem zasługuje ono na osobny akapit. I tak tempo spadło do 4:50/5:01/4:57/4:49 i 4:48 na ostatnim kilometrze.

Piękna sprawa zobaczyć PGE Arenę na 35km i przebiec tuż obok niej wiedząc, że jeszcze ponad 7km do mety. Potem nadchodzi moment, gdy wbiegamy na stadion i co? I zdarza się to, co jest egzotyką podczas tego całego cholernego Maratonu Wiatrów. Przestało wiać! I na to czekałem 41km, brak wiatru, bo przez cały dystans wiało z lewej, wiało z prawej, wiało od spodu i wiało w prosto w twarz, Wiało mocno, porywiście momentami, wiało czasem lekko tylko po to by nagle uderzyć w mordę podmuchem jak dobry pięściarz na ringu sierpowym. No, ale wracając do historii PGE Areny. Wbiegając na stadion tunel był bardzo ciemny i długi. Był taki moment, że zakręciło się w głowie, pojawiły się mroczki przed oczami i zawirowało błędnikiem na kilka sekund, ale na końcu tunelu było światełko i nuty mojej ulubionej fajterskiej melodii, czyli „Eye of the Tiger” I tak przygotowany na setki ludzi skandujących i witających mnie na arenie wbiegłem na pusty stadion. Stadion, który świecił pustkami i do tego pętla, którą trzeba było wykonać była baaardzo długa. Jak później się okazało to był jedyny pozytywny akcent tej trasy.

Po wybiegnięciu z PGE wiatr tak mocno uderzył, że lekko mną zachwiało i już miałem dość. Był to 41km i miałem już dość. Po wybiegnięciu z tunelu zobaczyłem obcego człowieka, który dopingował poprzez okrzyki i oklaski. Spojrzał mi prosto w oczy i krzyknąłem ”dalej! dalej!” Spojrzałem na niego i spuściłem głowę i machnąłem z dezaprobatą, że już nie dam rady. Ten zwykły nieznajomy człowiek podbiegł do mnie i krzyknął” Ty mi nie machaj głową tylko zapierdalaj do mety- wszystko jest w głowie słyszysz! Wszystko jest w głowie”! Pisząc to teraz przeszły mnie ciarki tak samo jak w tamtym momencie. Ten nieznajomy człowieczek dał tak dużego kopa, że ta ostatnia prosta stała się łatwiejsza i możliwa do pokonania no i wreszcie meta..Medal wręczyła mi jakaś dziewczyna, której nie pamiętam, bo głowę miałem spuszczoną jak zbity pies i skierowałem się prosto na łóżko masażowe gdzie czekały na mnie 4 ręce, które zbawiły od bólu i cierpienia. Jest powrót do biegania z rekordem życiowym 3:12:09, ale najważniejsze jest to, że nie zrobiłem tego sam tylko z moja całą rodzinką i przyjaciółmi z GRUPY MALBORK

Ostatni fragment relacji jest w sumie dla mnie najważniejszy, bo bez niego nie ma dla mnie biegania i nie ma życiówek i nie ma treningów. Wsparcie najbliższych, rodziny i przyjaciół. Ten maraton pokazał, że w grupie siła i moc, mówię tutaj głównie o tych, co nie biegli, o tych, co trzymali kciuki i myślami byli z nami na trasie. O kierowniku wycieczki Iwanku, który niczym doświadczony kaowiec przeprowadził logistycznie przez cały dzień dostarczając nam dużo radości i uśmiechu na twarzy, a poczucie, że nasze dziewczyny są bezpieczne w Jego otoczeniu było bezcenne. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, począwszy od transportu po niesamowity doping na trasie a skończywszy na "izotonikach" i wspaniałym obiedzie. Na całej trasie czułem doping ze strony mojej cudownej Oleńki, której przysporzyłem trochę strachu na mecie. Dzielnie przemierzyła(nie sama) trasę w poszukiwaniu miejsc, w których mogła krzyczeć i dawać mi mocy i siły w trudnych momentach. Powrót do biegania po 2 latach zmagania z buntującym się ciałem był bardzo ciężki, ale gdy się ma taką cudowną przyjaciółkę u boku, która dba o zdrowe myśli pod sufitem to reszta jest nieważna.

Ostatnie słowo kieruję do wszystkich biegnących i niebiegnących w tym maratonie. Niesamowite jest bycie częścią tej wspaniałej GRUPY, która ostatnio miała trochę pod górkę, ale teraz zdaje się, że jesteśmy już na dobrej prostej. Te życiówki, które się posypały, fakt, iż wszyscy ukończyli bieg zasługuje na duże uznanie dla wszystkich z osobna. Wielkie gratulacje i dziękuję za tak wspaniały czas i wiele niezapomnianych chwil. Kropka nad i dla osoby, która na finiszu przygotowań bezinteresownie pomogła mi bardzo w ostatnim treningu i tuż przed startem. Mądre i dojrzałe słowa w dużym stopniu sprawiły, że momentami ten maraton był znośny, a głowa nie zwariowała- dzięki B

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem